piątek, 16 listopada 2012

7.

                   Kurt nie chciał się w ogóle ani  wynieść z mojego pokoju  , ani pozwolić wyrzucić przez okno. Dlatego poszłam spać do jego pokoju. Dobra , nie spać tylko grzebać mu po szafkach. Znalazłam bardzo dużo ciekawych rzeczy. Jego slipy , ubrania , telefon i to w dodatku niezabezpieczony hasłem  i wiele różnych gratów. Nie zdążyłam wiele więcej przepatrzyć , bo usłyszałam dzwonek do drzwi.
Wybiegłam z pokoju i rzuciłam się do kuchni po klucze. Zaspany Kurt też wylazł z łóżka i nawet się nie zorientował gdzie spał. To sie nazywa geniusz. Otworzyłam je i zamarłam. Stała w nich może pięcioletnia dziewczynka z ubrudzoną na maksa walizeczką z Barbie , potarganymi brązowymi loczkami i ubłoconymi kaloszami. W ogóle cała była strasznie brudna. Kiwnęła mi główką. Jezu dopiero teraz zauważyłam , że ma rozciętą głowę a przy uchu widać zakrzepniętą już krew.
-Kim Harris??-zapytała cieniutkim i przestraszonym głosikiem.
-Tak.
-Mogę wejść??
-Yyy , jasne wchodź.
Kurt zrobił minę jakby zobaczył ducha we własnej nie-osobie.
-Marisol , co ty tu do diabła robisz??-jeszcze nad sobą panował
-William Brent kazał mi tu przyjść-zaczynała się zbierać do kupy i zmienił sie jej głos. Mówiła zdecydowanie i nie bała sie Throuman'a
-Jak to Will? Lilian wie? Marisol , mówże do cholery!-tracił kontrolę
-Przyszedł wczoraj nad ranem i podał mi nazwisko ''Kim Harris'' i adres. Nic nie powiedziałam mamie. Zostawiłam jej tylko kartkę , żeby mnie nie szukała , bo poszłam sama i dobrowolnie na "wycieczkę".
-Wycieczkę? Serio? Czy ty dzieciaku nie zdajesz sobie sprawy z tego , że ty masz sześć lat? Jak dowie się , że cię nie ma , to z kim powiąże twoje zniknięcie? Jak myślisz? Tak , właśnie , ja oberwę i to nie od niej tylko od glin! Dopiero co wyszedłem za niesłuszne dwa lata , a ty już chcesz mnie posadzić na nowo!! Pomyślałaś chociaż o tym , że mam sądowy zakaz zbliżania się do ciebie?? A dlaczego?? Bo nasza matka zwariowała!-dyszał z wściekłości , tylko nie na nią , ale na siebie. Wzorowy braciszek.
-Nie. Po prostu Will mi kazał. Powiedział , że Ted coś knuje i to dotyczy nas. Pani Kim , pani też. Dlatego musiałam tu przyjść- teraz to już tylko szeptała. Jakby bała się , że ją usłyszą.Właśnie , kto "usłyszą"?
-Kurt , zamknij się i weź torbę Marisol do mojego pokoju , ty skarbie chodź ze mną-wyciągnęłam do niej rękę a ona złapała ją i przywarła do mnie całym ciałem. Nie patrząc na to że jest cała brudna wzięłam ją na ręce i pogłaskałam po głowie. Delikatnie , bo nie wiedziałam , gdzie ma rozciętą główkę.
-Słuchaj mała , tu jest łazienka i musisz się wykąpać OK?-kucając przed nią powiedziałam głosem rasowej przedszkolanki. Tak mi sie przynajmniej zdawało.
-Dziękuję pani Kim
-Kim , skarbie. Dobra?-tylko kiwnęła główką na zgodę

Opatulona ręcznikiem przyszła do kuchni , gdzie razem z Kurtem piliśmy kawę. Gdy tylko ją zobaczyłam , od razu wstałam i wziąwszy ją na ręce zaniosłam Marisol do mojego pokoju gdzie miała spać.
-Ubierz się skarbie i potem przyjdź do kuchni. Trafisz?
-Uhm.

Kiedy przyszła , wzięłam ją na kolana i opatrzyłam ranę. Była ona całkiem poważna i musiałam zmyć zakrzepniętą już wcześniej krew. Marisol dzielnie siedziała , nie dała po sobie poznać jak bardzo ją to boli. Po zabiegu kazałam się jej położyć , więc grzecznie wykonała polecenie i znikła. Nadszedł czas zwierzeń , sir Throuman-pomyślałam.
-A może teraz opowiesz mi , co się tu jasny kiciuś dzieje??
-Nie spodziewałem się  , że Marisol tu przyjedzie-powiedział jakby do siebie.
-Kurt? Ocknij się!-ale on był całkiem przytomny i zaraz zaczęła mu się słowna biegunka
-Kiedy poszedłem do pudła za Brenta-mojego kumpla , matka zwariowała. Uwierzyła , że to ja rozprowadzałem te prochy. Poszła do sądu o ograniczenie odległości na jaką mogę się zbliżać do Marisol. Myślała , że ją "też" faszerowałem tym rzekomo moim świństwem. Musiałem iść tam za Willa. Miał wtedy dwadzieścia osiem lat i jego dziewczyna była w ciąży. Nie chciał jej tak zostawiać. Sam to zaproponowałem. Wtarłem w moje ciuchy malutkie ilości koki i się udało. Odsiedziałem to co jego i wyszedłem. Pewne myślisz , że zniszczyłem sobie życie. Nie , ja je naprawiłem. Po śmierci ojca matka związała się z Theodorem Casteyem. Nie dbała o Marisol , a o mnie to już całkowicie zapomniała. Bywały dni , że ona siedziała ze swoim Ted'em w knajpie a ja nie chodziłem do szkoły bo zajmowałem się małą. Potem wywalili ją z pracy i firma ojca upadła. Budował ją podobno jeszcze jego dziadek. Ciekawe co oni teraz myślą kiedy na to wszystko patrzą , ba ciekawe co ojciec teraz myśli. Widzisz tato jaką sobie żonkę wybrałeś? Widziałeś to jak razem z twoją córką nie mieliśmy co jeść przez kilka dni? Jak marzliśmy w zimie przy minus dwudziestu stopniach , bo wolała pić niż zapłacić za ogrzewanie? Po co jechałeś wtedy do kumpla na piwo? Po to wszystko co przeszliśmy?-na chwilę przerwał , ale zaraz znowu podjął utracony wątek-przepraszam cię za to , ale musiałem mu to powiedzieć , wiem wariuję , ale przez te lata kiedy zastępowałem go i broniłem Marisol przed pijanym Ted'em zrobiły swoje-chyba skończył , więc chciałem coś powiedzieć , ale nie wiedziałam co.
-Nie powiem współczuję , chociaż tak jest , bo wiem jak to zabrzmi , ale wiesz co? Po tym co powiedziałeś , cieszę się , że nie kazałam ci wtedy spadać , a wierz mi , chciałam i to było pierwsze słowo jakie mi przyszło do głowy kiedy cię zobaczyłam. Przepraszam.
-Sam bym sobie kazał wtedy spadać-posłał mi anemiczny uśmiech
-Chcesz jeszcze kawy?-tak palnęłam cokolwiek
-Mhm
Ale zamiast do czajnika podeszłam do szafki i przesunęłam ją trochę do przodu. Schyliłam się po czym wyciągnęłam mały , czarny kluczyk. Zasunęłam z powrotem szafkę i sięgnęłam do zamka u drzwiczek komódki wiszącej na przeciwko mojej twarzy. Przekręciłam kilka razy i otworzyłam wrotka. Niemiłosiernie zaskrzypiały. Nic dziwnego , nie otwierałam ich od śmierci dziadka ani razu. Najpierw rzuciła mi się w oczy mała , złożona na pół karteczka , na której dziadek napisał swoim pięknym pismem

Jeśli będziesz skarbie miała kłopot , nie 
szukaj tu lekarstwa ani pomocy , lecz chwilowego ukojenia. 
Nie wyczerp mi wszystkich zapasów w krótkim czasie , bo przyjdę i sprawdzę.
       
Kocham cię skarbie , dziadek           

Kiedy to pisał musiał wiedzieć , że umrze. Musieli mu grozić ,  albo o czymś mi nie powiedział. Sama już nie wiem. 

Wyciągnęłam dwa kieliszki do brandy i nalałam po pełnym da każdego z nas. Sięgnęłam po dziadkową sherry. Powiedział , że jest tylko i wyłącznie na specjalne okazje. Tą za taką uznałam.
-Sherry?
-Mhm. Ulubienica dziadka. Powiedział , ze jest tylko na specjalne okazje-wytłumaczyłam
-Zaszczyt pić wino pana Harrisa bez pana Harrisa , z wnuczką pana Harrisa. Zdrowie skarbie-powiedział i wypił trochę.
-Tak dla sprostowania , to z przyszywaną wnuczką pana Harrisa. Jestem córką Thomasa Grisaille alias kolegi dziadka , który , nie nie chciał , więc dziadek poprosił o spreparowanie dokumentów swojego znajomego sędziego , tak żeby wychodziło na to , że nie mam z nim nic wspólnego. Miałam trzy lata kiedy dziadek mnie stamtąd zabrał. Do tej pory pamiętam jak tam było. Czułam się jak Harry Potter w komórce po schodami , tyle że w pralni. Z dziadkiem było super , dopóki babcia nie umarła
-Jak ja cię dobrze rozumiem. 
-Dobrana z nas para. Obydwoje po gównianym dzieciństwie , obydwoje lubimy sherry i podoba mi sie twoje łózko.
-Haha , wiesz? Lepiej dopij resztkę z kieliszka i dośpi resztę nocy.
-Dobra , ale jak pójdziesz spać ze mną.
-Ku...
-Proszęę??
-Ale..
-No Proszęę??
-Ale zrozum...
-Nie daj się prosić.
-Ale...
-Bez ale. Proszęę?? Będę grzeczny. Obiecuję.
-Jasne.
-Czyli sie zgadzasz?-jaki entuzjazm!!
-Nie.
-Ej no!
-Co "ej no"?
-To niesprawiedliwe! Piliśmy razem , ale spać razem to już nie możemy ?
-No nie bardzo.
-Ani raz??
-Ani raz.
-Ani pół?
-Ani pół.
-Ani trochę?
-Ani trochę.
-Ani troszkę?
-Daj już spokój tej Ani. Ale grzecznie ok??
-Jasne.

No co miała zrobić? Nogi się pode mną uginały ze zmęczenia , a  dzidzi-Kurt marudził jak małe dziecko.. Nawet na Marisol to nie pasowało bo była za duża. Ale on? Do niego to pasowało jak druga skóra. taki już był. A ja niestety nie byłam wytrzymała i nie lubiłam się długo kłócić. Ale co tam , ma być grzeczny. Boże , żeby tylko był. Jak nie to pożałuje. Cichutko weszłam jeszcze do mojego pokoju i wyciągnęłam mój kochany nóż do warzyw i włożyłam za opaskę na udzie pod dresem. No , to już mogę iść spokojnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz