czwartek, 25 października 2012

3.


              Napisałam do Arthura. Jutro z samego rana pójdę wysłać list Nie wie , że dziadek nie żyje. Nie chce mu tego wyznać przez listy , albo SMS'y. Po prostu wolę powiedzieć "wiesz wujku, bo dziadek bardzo chciał cię zobaczyć , ale nie może. Umarł wujku. Umarł". Chcę się do niego przytulić bo nie wiem czy czasem to nie ja ucierpię bardziej kiedy powtórzę sobie to jeszcze raz. Ale nie o tym teraz , bo nie nie wiem nawet czy Arthur nie zmienił adresu , czy dalej jest z Iris i czy nadal ma zapewnione bezpieczeństwo.

Po godzinie sprzątania bałaganu w dziadkowym , kurcze dalej nie mogę się przyzwyczaić do sytuacji.
Więc jeszcze raz.
Po godzinie sprzątania w moim (ha!) gabinecie znalazłam bardzo ciekawe rzeczy dziadka. Na początku nie chciałam otwierać większości nigdy nierozpakowanych listów , bo zajeżdżały starymi damskimi perfumami (przynajmniej 3/4 znalezionych pism) a reszta mogła być czymś jeszcze bardziej osobistym od tych (pewnie) romaniastych pisemek od teraz już grubych i rozlazłych panien , a na pewno nie chciałabym mieć do czynienia z jakąś panią ciągnącą mnie za policzek i karmiącą kaszką. Wierzcie mi , lub nie , ale znam się trochę na tym , bo dziadek opowiadał mi co nieco (czyt. dużo) o swoim życiu w jednym domu z całą rodzinką i jeszcze dziadkami na dokładkę.

Po otwarciu co niektórych listów musiałam odłożyć na jakiś czas resztę i iść do łazienki w jednym celu. Rzygnąć. Po prostu się wyrzygać. przy tych perfumowanych listach nie dało się wysiedzieć dłużej niż kilka minut , dlatego też wzięłam kolejny, ogromny , zielony worek na śmieci (nie wiem który już z kolei) i z nabranym powietrzem w płucach i odświeżaczem łazienkowym za sobą wywaliłam te śmierdziała tam, gdzie ich miejsce. Kiedy skończyłam sprzątać i wynosić worki z domu na śmietnik na tyłach magazynu stanęłam  w progu drzwi i oglądnęłam swoje dzieło. Dobrze, jak na moje umiejętności , to na prawdę dobrze. Chciałam wyjść i w przeciągu kilku minut dobiec do domu , bo zależało mi na czasie. Zwykle (czyt. za życia dziadka)  zatrzymywałam się jeszcze na kawie w kawiarence która jest jednym z pięciu budynków dzielących magazyn od mojego domu , więc zajmowało mi to z pół godziny. Spakowałam się i zabierając ze sobą list od Arthura i ten mój pospiesznym krokiem wyszłam z magazynu i zamknęłam drzwi na kilka spustów , tak aby żaden wścibski dzieciak , lub bezdomny nie próbował się tam dostać.

Po kilku krokach stwierdziłam , ze nie będę biec , z wiadomych przyczyn. Po prostu mi się nie chciało.
I ta własnie decyzja zaważyła na dalszym potoczeniu się mojego nudnego , dobra nudnego na swój sposób życia. tylko wtedy jeszcze tego nie wiedziałam i jak głupia nie dałam się oprzeć aromatowi świeżo  mielonych ziarenek kawy w Cafe Maker's i weszłam po rozpustną kawkę z mlekiem (rozpustna , haha, dziadek kiedyś tak nazwał rozpuszczalną. Ja do tej pory pamiętam. Ciekawe czy Arthur też).

-Hej Kim. Rozpustna nie?? - przywitała mnie Dorothea , żona właściciela , mojego kumpla Stu , no dobra pana Stuarta Hawkinsa.
-Mhm. dzięki Doris-posłałam jej miły uśmiech którym obdarzałam tylko małą grupkę ludzi , ludzi którzy na to zasługiwali-proste.
-Co ty kochana robiłaś , że jesteś tak umorusana-zrobiła pauzę i zanim zdążyłam się wytłumaczyć ona znowu podjęła wątek- i pachniesz przeterminowaną babcią. Yyyy... kurcze co ja gadam , przeterminowanymi babciowymi perfumami. Ot co.
-Sprzątałam dziadkowy pokój i znalazłam tony listów od jakichś jego miłości. Ble , nie sądzisz??
-Jak najbardziej. my tu gadu gadu a panienka czeka na rozpustną-Uśmiechnęła się-panienka czeka ja zaraz panience przyniosę- Doris grała w teatrze i czasami nie wiadomo jak i skąd odgrywała fajne scenki. Klienci  to uwielbiali
Usiadłam na ogromnie wysokim barowym krześle. Nie zwracałam uwagi na to , że z tyłu był napis "REZERWACJA" , gdyż była ona tu codziennie , 365/6 dni w roku. Jezu no, była w końcu dla mnie. Stu zarezerwował mi je ,bo kiedyś powiedziałam , ze jest fajne i wygodnie się na nim siedzi. Prawdziwy kumpel.

Z rozpustną na wynos poszłam do domu z zamiarem długiego prysznica , (to przede wszystkim) ubrania się w coś czystego i oglądnięcia jakiegoś durnego filmu. Czyli standard.
 Biegłam kilkanaście metrów i gdy dopadłam do drzwi wyjęłam pęk kluczy. w trakcie szukania tego odpowiedniego poczułam wzrok na plecach. Ach ty kretynko , za dużo Deaver'a i King'a. Odwróciłam się tak o , żeby moja cholerna wyobraźnia się uspokoiła. No i się nie uspokoiła. Za moimi plecami , opierał się o latarnię jakiś dwudziestolatek  (no mniej/więcej).
-Kim? Kim Harris?- miał przyjemny głos nie za ciężki , ale nie chłopięcy.
-Mhm- nie wiedziałam , ok , nie miałam pojęcia co miałam powiedzieć więc podziękowałam sobie , że wzięłam kawę na wynos i pociągnęłam duży, powolny łyk
-Jestem Kurt Throuman. Znasz mojego wuja Henry'ego Cossanose. Przysłał mnie do ciebie i wiem o tobie to co on mi jak to powiedział " mógł przekazać"-powiedział swoje i czekał.
Kurwa , podszedł bliżej. Z bliska wyglądał jak model.Włosy lekko zachodzące na uszy , duże oczy , wysoki ,trochę zarysowana postura ciała (fajnie , czyli wiatr go nie zdmuchnie) miał przystojną twarz. Kim lubi Kurta. Haha ,dobrze , że tego nie słyszy.
-Nie mów mi tylko , że ty tez jesteś był...
-Tak , byłym, więźniem- nawet nie zastanawiał  się czy skończę , po prostu po chamsku mi przerwał
-Dobra , sorki Throuman , ale muszę wiedzieć. Tak na prawdę , ile ty cholera masz lat , że już siedziałeś w pudle??-Nie wytrzymałam i musiałam się dowiedzieć
-Dzisiaj kończę osiemnastkę, więc sprawiłem sobie mały prezent , wolność , wiesz- i smile , ogromniasty uśmieszek , taki jak mój tylko ładniejszy. Kurwa , kurwa , kurwa NIE!!

Trochę mi się zrobiło ciężko, bo nie wiedziałam czy przejść przez zagracone , od dwóch lat nie używane podziemne przejście do magazynu i mieszkań dla więźniów , bo przecież ulicą go nie przeprowadzę, no bo teraz to dopiero zaczyna się tam życie , a z resztą nie miałam  po śmierci dziadka ani jednego "gościa" więc nie są one w najlepszym stanie. Ale jest jeszcze jedno rozwiązanie. Takie cholernie filmowe. Jedno słowo
KANAPA

Wpuściłam go do domu i od razu zapytałam.
-Słuchaj nie spodziewałam się od dwóch lat ,żadnego więźnia więc mieszkania dla was pod specjalnym magazynem są w opłakanym stanie , wiec muszę wiedzieć od razu. Chcesz tam, dzisiaj spać , albo chcesz tam dzisiaj spać- i wskazałam za kanapę w salonie.
-Przywykłem do wszystkiego , ale boję się ciemności , więc wybieram kanapę.(znowu uśmiech)
Prowadziłam go do salonu , ale nagle się zatrzymałam bo wpadłam na inny pomysł.
-Albo nie , wiesz dam ci pokój po dziadku , tylko on jest czysty,  a mieszkań nie chce mi się szczerze sprzątać.  Tam jest- pokazałam na dębowe drzwi. (dziadek wymyślił sobie , że wszędzie w domu będą innego rodzaju lub materiału drzwi , więc nie miałam problemu. Jak dębowe , to tylko jedne takie można tu znaleźć)
-Serio? A nie boisz się zbiegłego przestępcy?? Mogę zabić , kraść i podpalić ci dom? Nie boisz się mnie??-zapytał z milusim uśmiechem i trochę się przybliżył. Kurwa.
-Szczerze , to nie , wyglądasz mi na mordercę ani na podpalacza-opanowałam się i spokojnym  , trochę drwiącym głosem zgasiłam go.
-A na kogo ci wyglądam?
A kim by mógł byś taki facet?? Jasne jak neonowe podkoszulki.
-Założyłeś się , że przemycisz prochy do innego miasta za kolegów , bo im stanowi siedzieli na ogonach a potem normalnie cie podpierniczyli żeby się oczyścić z zarzutów , a potem dalej rozprowadzać "sproszkowane szczęście -powiedziałam stanowczym głosem i splotłam ręce na piersi.
Zbladł.
-Sąd wiesz? I to jeszcze z takimi szczegółami?? Mogłabyś być gliną.
-Ale nie chcę , wole pomagać takim jak ty-podeszłam do niego i popatrzyłam mu przez chwile w oczy i odeszłam. Miałam pewność. Nic mi nie zrobi. Zobaczyłam w nich mieszankę strachu , czegoś ma rodzaj żalu i wdzięczności. Uff... jedno uczucie już z nich zniknęło chwała Bogu. Ono zagraża mojej robocie.
Ej Boże , możesz mnie uwolnić z tego cholernego przywileju zakochiwania się?? Bo wiesz co?? MAM TERAZ TROCHĘ WAŻNIEJSZE SPRAWY!! No nie wiem??? Może chcę dożyć przynajmniej czterdziestki , cooo??
-Idę do łazienki tam masz pokój-powiedziałam nawet się nie odwracając
Kiedy łapałam za klamkę usłyszałam kilka słów.
-Dzięki , nie znasz mnie , a jesteś... Jezu. Dzięki.
Nie zadałam sobie tego trudu , żeby coś wymyślić. Zaskoczył mnie tym , więc tylko się odwróciłam i popatrzyłam na niego , a on bez ruchu czekał. W końcu zniknęłam w łazience.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz